Nasze felietony: Lubię Zielone (trzy punkty widzenia)
Maria Teresa Domarecka
Lubię zielone
Lubię zielone. Tak, serio. Nie tylko w sensie koloru trawy czy tej sałaty, co przeważnie zostaje na końcu talerza – choć to też. Zielone mnie uspokaja. Może dlatego, że świat coraz bardziej czerwony od alarmów, pożarów i rachunków, a zielone? Zielone to luz. Zielone nie krzyczy.
Zielone kojarzy mi się z dzieciństwem. Miałem taką kurteczkę z ortalionu, kolor zgniłej paprotki – hit mody z bazaru. Czułam się w niej jak żabka z bajki Andersena. Chroniła mnie przed wszystkim: deszczem, nauczycielką od rytmiki i chłopców, co chcieli mnie całować „dla żartu”. Zielone daje mi poczucie bezpieczeństwa. Może stąd to uczucie do flory?
Nie wiem, kto wymyślił, że zielone światło oznacza „jedź” – szanuję to. Zielone to działanie. Ruszaj. Idź. Spróbuj. Nawet jeśli nie wiesz dokąd, to rusz z miejsca. Jak w życiu – czerwone blokuje, pomarańczowe każe się zastanawiać, a zielone mówi: „Dawaj, nie gadaj”.
Lubię też zielone pomidory. W sensie – lubię myśl, że jeszcze nie są gotowe/dojrzałe. Są jak niedokończony mój ulubiony projekt, który ma potencjał. No bo czekam, aż dojrzeją.
W domu mam trzy rośliny. Zielone, oczywiście. Jedna wygląda jak palma po rozstaniu. Druga w ogóle nie rośnie, chyba obrażona, że ją kupiłem na promocji. Trzecia – kaktus – żyje ze mną w pełnej symbiozie: ja jej nie podlewam, ona mnie nie obwinia.
Zielone to nie tylko kolor, to wybór. W świecie betonu i szarości – możesz iść do lasu. Albo chociaż przewinąć Instagram, gdzie wszyscy udają, że mieszkają w dżungli. Wrzucają zdjęcia z paprotkami na parapecie, żeby nie było widać smogu.
Dopowiem, że kolor zielony to nadzieja, to wspaniała emocja, która napawa optymistycznie. Kolor zielony otacza nas zewsząd. To on kształtuje nasz nastrój, a nawet ostrość widzenia – tak dosłownie.
Zieleń to: życie, natura, nadzieja.
No więc: czy w tym całym chaosie, hałasie, szumie, warto nie lubić zielonego?
Wiesława Chmielewska
Lubię zielony.
Nie dlatego, że to kolor wiosny, nie dlatego, że w palecie barw jest mi przypisany. Lubię zielony, bo on nigdzie się nie spieszy. Zielony trwa. Zielony czeka. Zielony daje nam czas – a Toruń to jedno z tych miejsc, gdzie ten kolor potrafi być obecny bardziej niż gdziekolwiek indziej. Jest coś głęboko poruszającego w spacerze wzdłuż wiślanych brzegów, kiedy drzewa pochylają się nad rzeką jak starzy aktorzy dziękujący za oklaski. Z pozoru nic się nie dzieje – zieleń szumi, Wisła płynie, kamień milczy – ale w tym milczeniu jest miejsce na osobiste refleksje.
Zielony w Toruniu ma wiele twarzy. To park na Bydgoskim Przedmieściu, gdzie aktorzy Sceny Małej zbierają myśli między próbami. To herbata, zielona, kiedy uczymy się tekstu do przedstawienia. To zielone notatniki, w których zapisujemy marzenia o kolejnych spektaklach – czasem dla dzieci, czasem dla dorosłych, zawsze z sercem.
Teatr też jest zielony – nie tylko za kulisami. Zielony to przecież kolor nadziei. A teatr bez nadziei? To tylko dekoracja. My, seniorzy, wiemy dobrze, że nie gramy dla sławy. Gramy, bo chcemy żyć prawdziwie, bo chcemy jeszcze coś powiedzieć– sobie i światu. Zielony to kolor trwającej pasji. Pasji, która łączy ludzi. Bo zieleń to także przyjaźń. Zielony ma w sobie coś z lojalności – jak stare drzewa, które nie odchodzą, gdy nadchodzi burza. Może dlatego lubię nasze spotkania po próbie, przy herbacie, przy kartkach scenariusza, które pamiętają śmiech, tremę i czasem łzę wzruszenia. Zielony jest wtedy w nas – nie jako kolor ubrania, ale jako obecność emocji, dobrej emocji, która nie znika, gdy gasną światła sceny.
Może dobrze byłoby częściej pisać o tym zielonym Toruniu. O Wiśle, która niesie nie tylko wodę, ale też wspomnienia. O parkach, które są tłem naszych prób i rozmów. O teatrze, który – choć bez czerwonego dywanu – ma serce bijące mocno i prawdziwie. O przyjaźni, która nie pyta o wiek, tylko o gotowość do bycia razem.
Zielony – to nie moda. Zielony to styl życia. I ja się go trzymam. A Ty? Masz swój zielony?
Hanna Lesińska
Od dziecka lubię zielone i emocjonalne przeżycia z roślinnymi subtelnościami.
Idąc kiedyś w towarzystwie przez las szczerze zachwyciłam się napotkaną rośliną. A może to był kolorowy muchomor? Jedna z pań zbyła mnie mówiąc: „a czym ty się tak zachwycasz?” Nie oceniłam źle owej pani. Ale…Pomyślałam. Ile mam w życiu więcej radości z dostrzegania niuansów i głębi tego co nas otacza. Ile więcej wzruszeń, bo widzę i słyszę wyraźniej. Czasem nawet w szarości zwykłego dnia.
Lubię zielone, bo jest symbolem optymizmu, spokoju, relaksu. Kojarzy się z dobrostanem w przyrodzie i równowagą biologiczną. Gram w zielone, gdy przemierzam przyrodnicze szlaki i pochylam się nad porostem na gałązce.
Doceniam zielone, bo to też biochemia i życie. Fotosynteza w zielonym i życiodajny tlen dla organizmów. To początek łańcucha pokarmowego w obiegu materii przyrody.
Piękno jest subiektywne i zależy od naszej wrażliwości. To doświadczenie podziwu jest kluczem do odczuwania piękna. Tak się dzieje w naszym życiu, w przyrodzie, sztuce, nauce, a nawet w miłości. Zachwyt to wrota do estetycznych wartości. Szczęśliwi ci, którzy dostrzegają piękno w… patyku.