Naszym piórem: Rozmowa z Cieniem na Grudziądzkiej w Toruniu
Dawno, dawno nie rozmawiałam ze swoim cieniem. Nie wiem właściwie dlaczego. Może dlatego, że człowiek z wiekiem zaczyna mieć coraz więcej spraw do załatwienia, a coraz mniej czasu na rozmowy z kimś, kto przecież nigdzie nie ucieknie. Cień jest lojalny. Idzie za tobą. Nie pyta o wynagrodzenie, nie domaga się uwagi, nie obraża się, kiedy go ignorujesz.
Tego dnia najpierw jechałam tramwajem. I już tam życie dostarczyło mi małego przedstawienia.
Zapowiedź z głośnika brzmiała:
— Następny przystanek: Reja.
Na to mała dziewczynka pyta matkę:
— Kto to jest Reja?
Matka odpowiada:
— Daj spokój. Reja to Reja.
I pomyślałam sobie: rzeczywiście, edukacja kwitnie. Może nawet za bardzo. Skoro Reja to Reja, to Mickiewicz zapewne jest Mickiewiczem, Słowacki Słowackim, a Kopernik… wiadomo. Kopernik to Kopernik. Po co komu szczegóły?
Wysiadłam i poszłam ulicą Grudziądzką i wtedy zobaczyłam przed sobą Cień. Mój Cień. Tylko jakiś taki inny. Starszy.Bardziej milczący. Jakby trochę zmęczony tym całym chodzeniem za mną.
Doszliśmy razem pod rozłożystą wierzbę. Zatrzymałam się.
— Dzień dobry, Cieniu. Gdzie byłeś?
Cień popatrzył na mnie z miną człowieka, który wie o mnie znacznie więcej, niż ja sama chciałabym wiedzieć.
– Tu i ówdzie, moja droga. Tu i ówdzie.
Zaraz potem zaczął opowiadać.
– Moja droga. Tyle się wydarzyło. Tyle się nadziało. Naopowiadało. Napracowało. Naszumiało — powiedział i wskazał wierzbę.
Rzeczywiście. Wierzba szumiała tak, jakby chciała opowiedzieć wszystkie rozmowy, które odbyły się pod jej gałęziami i wszystkie, których nie odbył nikt, a które miały się odbyć.
Wierzba była niezwykła. Miała piękną grzywę. Rozłożystą, miękką, fantazyjną. Jakby dopiero co wyszła od fryzjera, u którego zamiast chemicznej farby zastosowano światło, wiatr i wrześniowe słońce.
Popatrzyłam na wierzbę.
Potem na Cień. A potem, całkiem odruchowo, na swoje włosy. No cóż. Im też przydałaby się jakaś koloryzacja. Naturalna albo mniej naturalna.Trzeba pomyśleć.
– Nie mam czasu,no, nie mam na to czasu. Śpię,kiedy inni wstają,wstaję,kiedy inni śpią,piszę,kiedy inni odpoczywają, szydełkuję, kiedy inni oglądają seriale, czasem myślę,tak,zdarza mi się myśleć,
Nagle pomyślałam, muszę zwalnić. Kiedy opowiedziałam o tym Cieniowi,odwrócił się gwałtownie,wcale nie jak Cień.
– Zwariowałaś,zwyczajnie zwariowałaś.- wykrzyknął.
– Ty i nicnierobienie. Naprawdę,dobry żart!
Faktycznie . Trzeba to powiedzieć uczciwie Ja po prostu nie jestem od zwalniania. Lubię biec, tyle tylko, że ostatnio bolą mnie stopy! Lubię, kiedy coś się dzieje, kiedy coś mnie goni, a ja gonię coś jeszcze bardziej. Lubię pomysły, rozmowy, książki, ludzi, ulice, tramwaje, przypadkowe zdania zasłyszane w tłumie. Lubię budzić się z myślą, że jeszcze coś można zrobić, zobaczyć, napisać, przeżyć. Nie chcę zatrzymywać młodości. Nie chcę też zatrzymywać dojrzałości. Chcę tylko biec dalej, ale już trochę inaczej. Nie przeciwko czasowi,ale z nim.
Cień spojrzał na mnie i pokiwał głową
– No, dobrze — powiedział. — To biegnij.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Tylko tym razem pamiętaj, żeby się obejrzeć.
— Po co?
— Żeby zobaczyć, kto za tobą biegnie.
Odwróciłam się.
Cień był tuż za mną.
Jak zawsze.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej ulicą Grudziądzką. On za mną. Ja przed nim. Pomyślałam, że może właśnie tak powinno być. Nie trzeba uciekać przed cieniem. Wystarczy iść tak, żeby czasem nadążał. A potem, kiedy trzeba — pobiec. Przecież życie jeszcze się nie skończyło.
Wręcz przeciwnie. Dopiero się rozpędza.
Wiesława Chmielewska





