Naszym piórem: Recenzja z koncertu VOICES OF THE MOUNTAINS

Powiększ rozmiar tekstu

Koncert” Głosy gór” Dwuczęściowy. Pierwsza – Muzyka rodziny Lassaków”Heliosów”z Zakopanego
Druga – TOS pod batutą Adama Banaszaka i poematy symfoniczne Wojciecha Kilara-„ Kościelec 1909”, „Krzesany”

Mnie szczególnie zauroczyła,wzruszyła i porwała muzyka z II cz. Koncertu,dlatego o niej tutaj napiszę.

Muzyka jak wejście do wnętrza góry

Koncert w toruńskich Jordankach miał w sobie coś niemal pierwotnego. Już sama architektura sali, przypominająca od środka skalną strukturę, sprawiała wrażenie, jakby publiczność nie znalazła się w zwykłej sali koncertowej, lecz weszła do wnętrza góry — do groty Króla Gór. Została natychmiast porwana przez dominującą w niej muzykę.

„Krzesany” był eksplozją energii. Orkiestra nie tyle wykonywała utwór, ile zdawała się uruchamiać siłę drzemiącą pod powierzchnią skał. Rytm, gwałtowność i potęga brzmienia przywodziły na myśl góralską żywiołowość, ale jednocześnie coś znacznie większego — nieokiełznaną siłę natury. Instrumenty brzmiały z ogromną intensywnością: raz ostro i niemal agresywnie, raz szeroko i monumentalnie. Była w tym muzyczna żarłoczność, jakby natura nieustannie domagała się przestrzeni. Jednak w tej potędze nie było wyłącznie triumfu. Były też momenty delikatności, oddechu i skupienia.„Krzesany” nie stał się jedynie pokazem orkiestralnej siły.Za jego gwałtownością ukryło się też współczucie dla kruchości człowieka,jego przemijanie i małość wobec trwania i siły gór.
Jeszcze mocniej wybrzmiało to w „Kościelcu 1909”, poświęconym pamięci Mieczysława Karłowicza, który zginął pod lawiną w Tatrach. Tutaj góra przestała być tylko symbolem wolności i energii. Stała się potęgą obojętną wobec człowieka. A muzyka oddawała jej monumentalizm,ale przeplatała się z żałobą,góra „wstydziła się” swojej bezwzględności wobec uwielbiającego ją człowieka.

Właśnie w Jordankach kontrast ten nabrał szczególnego znaczenia. Architektura sali i muzyka zaczęły mówić jednym językiem. Betonowe, nieregularne płaszczyzny przypominające skalne ściany tworzyły wrażenie wnętrza masywu górskiego, a orkiestra zdawała się wydobywać z tych ścian kolejne warstwy dźwięku, budząc zdziwienie i zachwyt słuchaczy.

W. Kilar nie maluje gór pocztówkowo. Jego góry żyją, oddychają, gniewają się i niszczą. Są piękne, ale także groźne. Są pełne światła, lecz skrywają ciemność. Potrafią zachwycić delikatnością, a chwilę później odpowiedzieć brutalną siłą.

I chyba właśnie dlatego ten koncert pozostawił wrażenie czegoś więcej niż muzycznego przeżycia. Był jak spotkanie z naturą zamkniętą w dźwięku — potężną, monumentalną, piękną i niepokorną,przemawiającą własnym głosem. Słuchaczom pozwoliła zobaczyć” siebie aż do trzewi”.

Wiesława Chmielewska