Naszym piórem: Codzienny felietonik z …pielgrzymki na Dolny Śląsk

Powiększ rozmiar tekstu

Poza chlebem

Można znać kraje wielkie i duże, lecz najpiękniejsze bywa własne podwórze. Zwłaszcza wtedy, gdy jest nim Dolny Śląsk – kraina, w której historia nie leży za szkłem muzealnych gablot, ale idzie obok człowieka jak stary znajomy.

Są tu szlaki Piastów, prowadzące przez miasta i miasteczka, gdzie ryneczki z podcieniami wyglądają tak, jakby czas postanowił się na chwilę zatrzymać. Okna z wykuszami wciąż spoglądają na przechodniów z lekką ciekawością, pamiętając kupców, rzemieślników, podróżnych i tych, którzy przybyli tu po wojennej zawierusze z walizkami skarżącymi się na wieczny ucisk.

Człowiek idzie tymi ulicami i nagle rozumie, że historia nie jest tylko zbiorem dat. Jest korzeniem. Daje odpowiedź na pytanie, skąd przyszedł i dlaczego właśnie tutaj czuje się u siebie.

A życie? Toczy się zwyczajnie. W codziennym gwarze, w spotkaniach z przyjaciółmi i miętuskami wyciąganymi z kieszeni. W ciasteczkach bez cukru – z konieczności i potrzeby, choć przecież nie bez przyjemności. W szklance mrożonej herbaty „Majestat”, której nazwa brzmi niemal jak tytuł arystokratyczny. W nieustannym sąsiedztwie sacrum i profanum, bo obok kościoła jest sklep, obok zadumy – śmiech, obok wielkiej historii – codzienność.
Potem przychodzą góry, owce na hali i Jelenia Góra, która, ku radości przyjezdnych, okazuje się zielona. Są też turyści – radośnie weseli, bardzo, bardzo różnorodni, czasem zaskakujący swoim „sic!”, ale przecież i oni szukają tego samego: zachwytu.

Człowiek nie żyje samym chlebem. Potrzebuje także piękna. Tego, które nie nasyci żołądka, ale syci oczy i duszę. I może właśnie dlatego wracamy do miejsc, które potrafią nas zachwycić – aby przypomnieć sobie, że życie to nie tylko przetrwanie, lecz również umiejętność patrzenia z wdzięcznością.

Wiesława Chmielewska