Naszym piórem: Codzienny felietonik z lodami i leitmotivem w tle…

Powiększ rozmiar tekstu

Są takie dni, których nie da się zaplanować. Można zaplanować próbę, rozpisać sceny, wyznaczyć wejścia, skręty w prawo i w lewo, śpiew, karaoke, kolejne interpretacje tych samych fragmentów. Ale tego, co wydarza się po próbie – już nie.

Toruński upał zaprosił nas pod parasol. Prawie cały skład Kamienicy Sceny Małej usiadł przy stolikach, a na nich – tort lodowy i inne smakowe cuda. Zasłużone. Po godzinach dreptania, wstawania, poprawiania gestów i szukania właściwego tonu nawet lody smakują jak nagroda za dobrze odrobioną lekcję życia.

Rozmowy potoczyły się własnym rytmem. Od funkcji religii w ludzkim życiu, przez radość z propozycji, którą dostała nasza Hania, aż po jeszcze większą radość, że wybrała nas i zostaje. Potem przyszła kolej na wróble – niedocenione piękności naszych podwórek – bociany szykujące się do wspólnych lotów i fizykę klucza, która od wieków zadziwia ludzi bardziej niż niejeden naukowy wykład. Jak to bywa w dobrym towarzystwie, wielkie sprawy mieszały się z drobiazgami, a mądrość z uśmiechem.

Co chwilę rozmowę przecinał huk. Przez toruńskie kocie łby pracownik ciągnął platformę z towarem. Stuk. Huk. Stuk. Jak refren. Nasz letni leitmotiv. Zamiast irytować, dopisywał własny akompaniament do tej lipcowej sjesty. Życie przypominało, że obok filozofii i sztuki zawsze toczy się zwyczajna codzienność – trochę hałaśliwa, trochę niewygodna, ale dzięki niej prawdziwa.

Patrzyłam na nas,kobiety przy stole. Kolorowe. Mądre. Dojrzałe. Każda z własną historią, każda z własnym temperamentem. I pomyślałam, że piękno nie ma wieku. Ono ma ciekawość świata. Ma śmiech. Ma uważność na drugiego człowieka. Ma odwagę rozmawiać o rzeczach ważnych i zachwycać się wróblem.

Coraz częściej mówi się, że szczęście trzeba znaleźć. A może ono wcale się nie chowa. Może po prostu siada z nami przy stoliku, topi się powoli w lodach i czeka, aż przestaniemy się spieszyć.

Wiesława Chmielewska