Naszym piórem: Codzienny felietonik o… Wronie i śmietniku. Może o czymś jeszcze innym.
Wrona przy śmietniku
Wracałam z Lidla. Niespecjalnie robiłam wielkie zakupy — ot, mała, pomarańczowa dynia. „Dyńka”, właściwie. Pomyślałam,że jesień już niedługo, a ona taka piękna w tym swoim krzykliwym, pomarańczowym kolorze.W moim ogródku, wśród kwiatów na parapecie, będzie wyglądała cudnie. Do tego kupiłam wafle-andruty, moją małą słabość i jeszcze mleko. Tyle.
Szłam więc powoli, niespiesznie, rozkoszując się światem. Patrzyłam na drzewa, trawę, mijane domy. Niby zwyczajny dzień, a jednak jeden z tych, w których człowiekowi chce się trochę bardziej być.
Tylko że nade mną zaczęły zbierać się czarne chmury. Przyspieszyłam kroku.
I wtedy ją zobaczyłam.
Wronę.
Stała przy koszu na śmieci, a właściwie przy jego otwartej paszczy, z której wystawała biała, foliowa torba. Wrona była poszarzała od kurzu, jakby życie długo przecierało ją z czerni. Miała zniszczone, poszarpane skrzydła. Nie wyglądała dostojnie, choć przecież wrony z natury mają w sobie coś z elegancji. Ta nie miała już elegancji. Miała za to upór.
Próbowała wydobyć z plastikowego paskudztwa coś, co być może dałoby się jeszcze zjeść.
Patrzyłam na nią i nagle pomyślałam: czy nie taki jest los „odrzutków”,„innych”?
Tych, których już nie chcemy. Tych, których uznajemy za niepotrzebnych, brzydkich,kłopotliwych. „Wyrzucamy”ludzi,rzeczy, przedmioty, resztki jedzenia. Wyrzucamy z pamięci, z życia, z własnego świata. A przecież nie zawsze dlatego, że przestali być wartościowi. Czasem dlatego, że stali się niewygodni. Za starzy. Za słabi. Za chorzy. Za bardzo poranieni. Czasem po prostu przestali pasować do naszego obrazka.
A ta wrona?
Ona nie wiedziała, że jest „odrzutkiem”. Nie znała tego słowa. Nie miała pojęcia, że jej skrzydła są poszarpane, że jest brudna, że nie prezentuje się już tak, jak powinna. Wiedziała tylko jedno: trzeba znaleźć coś do jedzenia.
I może właśnie w tym była mądrzejsza od nas.
Nie pytała, kto ją zranił. Nie roztrząsała, dlaczego świat okazał się dla niej taki. Nie oglądała swoich skrzydeł i nie mówiła: „Jestem już tylko cieniem tego, czym byłam”.
Po prostu próbowała.
Stałam z moją małą, pomarańczową dynią, waflami i mlekiem i nagle zrobiło mi się trochę głupio. Tyle piękna potrafimy zauważyć, kiedy jest świeże, kolorowe i całe. Zachwycamy się dynią, bo jest pomarańczowa, okrągła i piękna. Wronę mijamy, bo jest szara, brudna i poszarpana.
A przecież jedno i drugie należy do tego samego świata.
Może nawet my sami jesteśmy czasem taką wroną. Z poszarpanymi skrzydłami, po przejściach, trochę zakurzeni. Zaglądamy do cudzych śmietników, próbując znaleźć coś, co pozwoli nam przetrwać kolejny dzień. I bardzo chcielibyśmy, żeby ktoś wtedy zobaczył w nas coś więcej niż tylko to, co zostało po dawnym blasku.
Czarne chmury były już coraz bliżej. Ruszyłam dalej.
A wrona została przy śmietniku.
Pomyślałam wtedy, że może człowieczeństwo zaczyna się właśnie w tym miejscu — przy cudzym śmietniku. W chwili, kiedy potrafimy dostrzec nie odpad, lecz istotę, która jeszcze walczy o swoje małe „trochę życia”.Być może najbardziej potrzebują naszego spojrzenia właśnie ci, którzy mają najbardziej poszarpane skrzydła.
I może czasem wystarczy nie odwrócić wzroku.
Wiesława Chmielewska





