Naszym piórem: Codzienny felietonik o „niecodziennej” kulturze

Powiększ rozmiar tekstu

Wtorkowe, upalne południe. Autobus rejsowy. Skąd – dokąd? To naprawdę nie ma znaczenia. Wsiadam, siadam na drugim siedzeniu i już wiem, że czeka mnie nie tylko podróż, ale i spektakl.

Po drugiej stronie mężczyzna. Koszula rozchełstana niemal do pasa, złota – a przynajmniej bardzo złoto wyglądająca – bransoletka na nadgarstku. Nogi wygodnie wyciągnięte na siedzeniu przed nim. Komfort przede wszystkim. Swój, rzecz jasna.

Po chwili rozlega się tubalny głos. Telefon. Rozmowa prowadzona tak, by nikt w autobusie nie miał wątpliwości, że uczestniczy w wydarzeniu.

– Nie ma  mnie teraz w domu. Jadę do Torunia. Ale gdybyś czegoś potrzebował, stara jest w domu.

I oto cała opowieść o współczesnej kulturze. Nie tej przez wielkie „K”, z koncertowych sal, teatrów i bibliotek. Tej codziennej. Kulturze bycia. Kulturze słowa. Kulturze szacunku dla drugiego człowieka.

Można mieć złotą bransoletkę, markową koszulę i najnowszy telefon. Można podróżować do Torunia albo na koniec świata. Ale dobrych manier nie kupi się ani w galerii handlowej, ani na stacji benzynowej.

Bo prawdziwa kultura zaczyna się tam, gdzie kończy się przekonanie, że cały autobus ma obowiązek słuchać naszych rozmów, oglądać nasze buty na siedzeniu i poznawać rodzinne szczegóły.

Na szczęście takie podróże mają też wartość poznawczą. Przypominają, że kultura nie jest od święta. Objawia się w najdrobniejszych gestach – w cichym głosie, zdjętych z siedzenia nogach i kilku prostych słowach: „przepraszam”, „dziękuję”, „proszę”.

Szkoda tylko, że dla niektórych wciąż jest to kierunek, do którego jeszcze nie odjechał żaden autobus.

Wiesława Chmielewska