Naszym piórem: Codzienny felietonik o … głodzie informacji
Wycieczka szła powoli pod górę. Przewodnik opowiadał o historii Zamku Książ, ale część grupy bardziej interesowały zdjęcia niż dzieje Piastów.
Nagle jednej z turystek zadzwonił telefon.
– Gdzie jesteś? – zapytał mąż.
– Idę do jakiegoś zamk… – odpowiedziała, próbując jednocześnie słuchać przewodnika i omijać kałużę.
– Do jakiego?
Ktoś z tyłu grupy życzliwie podpowiedział:
– Książ!
Turystka usłyszała tylko fragment.
– Jakiś… ksiądz.
Na czele wycieczki rozległ się śmiech. Ktoś z przodu nie wytrzymał i dopowiedział:
– Ksiądz też idzie. Na końcu.
I rzeczywiście. Na samym końcu grupy maszerował ksiądz, który od początku nic nie mówił, tylko z uśmiechem przysłuchiwał się zamieszaniu.
Książ…Ksiądz…
Wystarczyło jedno źle usłyszane słowo, by Zamek Książ przestał być zabytkiem i stał się księdzem. Polska mowa bywa bardziej kręta niż zamkowe korytarze.
Wiesława Chmielewska




