Naszym piórem: Codzienny felietonik nie tylko o rosole.
Rosół
Był piątek. Warszawskie Mazowsze. Zwykłe popołudnie i niezwykłe odwiedziny, takie, które zostają w sercu na długo.
Moja najukochańsza staruszeczka ma 93 lata. Niedawno przeszła ciężką chorobę. Wydawałoby się, że teraz to ona powinna czekać, aż ktoś zadba o nią. Ale są ludzie, dla których troska o drugiego jest silniejsza niż własna słabość.
Odkąd pamiętam, na nasz przyjazd zawsze był rosół. Pachnący domem, spokojem i dzieciństwem. Do niego własnoręcznie robiony makaron, krojony w cieniutkie niteczki z cierpliwością, której dziś już prawie się nie spotyka. To nie był tylko obiad. To był język miłości.
Jeszcze do niedawna podrzucała ten rosół moim braciom, żeby ich żony mogły choć przez chwilę odpocząć. Mama nie przestaje być mamą, nawet kiedy dzieci mają już własne dzieci.
I wyobraźcie sobie, że dziś, kiedy przekroczyliśmy próg jej domu, na stole znów czekał rosół. I makaron. Może drżące dłonie nie pokroiły go już tak drobniutko jak kiedyś. Może nitki były trochę grubsze, trochę mniej równe. Ale był najpyszniejszy na świecie. Bo smakował miłością, której nie da się kupić, nauczyć ani udawać.
Patrzyłam na ten talerz i pomyślałam, że największe uczucia najrzadziej krzyczą. Najczęściej pachną rosołem, świeżo wyprasowaną pościelą, telefonem z pytaniem: „Dojechaliście?” ,albo kawałkiem domowego ciasta zapakowanego „na później”.
Dopóki mamy mamy, często wydaje nam się, że to wszystko jest oczywiste. A przecież nie jest. Każdy taki gest jest cichym wyznaniem miłości, którego nie wolno przegapić.
Kiedyś przychodzi dzień, w którym najbardziej tęskni się nie za wielkimi słowami, lecz za talerzem rosołu i makaronem pokrojonym przez kochające dłonie. Nie czekajmy, by docenić miłość naszych mam. Odpłacajmy nią każdego dnia, póki jeszcze możemy.
Wiesława Chmielewska




