Kilka refleksji po koncercie z 25 września 2026 r. TOS. Jordanki. Toruń.

Powiększ rozmiar tekstu

Najbardziej przejmujący był głos, którego nie było. Joanna Woś w „Głosie ludzkim” Francisa Poulenca w toruńskich JordankachJoanna Woś wystąpiła z Toruńską Orkiestrą Symfoniczną pod dyrekcją Rafała Kłoczki. Od pierwszych chwil całą uwagę skupiłam jednak na niej — na kobiecie, która mówiła do kogoś niewidocznego i niesłyszalnego dla publiczności.

Przez cały spektakl uczestniczyłam w rozmowie, której jednej strony nie mogłam usłyszeć. Kiedy bohaterka wołała do słuchawki: „halo, halo”, musiałam uwierzyć, że po drugiej stronie ktoś rzeczywiście odpowiedział. Z tonu jej głosu, z pauz, oddechów i nagłych zmian emocji próbowałam odtworzyć słowa nieobecnego rozmówcy. Każda jej reakcja stawała się śladem po zdaniu, którego nie dane mi było usłyszeć.

Najbardziej poruszyła mnie właśnie ta samotność — konieczność mówienia do kogoś, kto pozostawał poza sceną, a jednak wypełniał ją swoją nieobecnością. Miałam poczucie, że bohaterka nadal kocha, choć wie, że wszystko się kończy. Nie było w niej złości ani potrzeby odwetu — tylko bezbronność wobec straty. Pomyślałam wtedy: można bardzo cierpieć i jednocześnie nadal kochać.

Orkiestra nie stanowiła tła dla śpiewaczki. W pewnych momentach przejmowała emocje, których nie dało się bohaterce już wypowiedzieć słowami. Raz prowadziła Joanna Woś, raz muzyka; ich spotkanie przypominało rozmowę, w której obie strony próbują dotrzeć do tego samego miejsca.

Na tym tle szczególnie wyraźna była oszczędność scenografii: kobieta w bieli, prawie nieruchoma, za firaną, i telefon, którego rozpaczliwie szukała. Nie był tylko rekwizytem. Stanowił jej jedyne połączenie ze światem, a jego przewód zaczął mi przypominać sznur.

Po spektaklu nie było owacji na stojąco. Zaskoczyło mnie to, bo sama byłam bardzo poruszona i potrzebowałam chwili, zanim mogłam wyjść.

Z Jordanek zabrałam ze sobą kilka obrazów: „halo, halo”, pauzy, oddechy, brzmienie orkiestry, białą postać za firaną i telefon. Najdłużej pozostało jednak wrażenie rozmowy, której drugą stronę każdy widz musiał dopowiedzieć sobie sam.

Za ten wieczór jestem Joannie Woś ogromnie wdzięczna.

Wiesława Chmielewska