Naszym piórem: Codzienny felietonik o…wietrze

Powiększ rozmiar tekstu

Kiedy wieje

Dzisiaj wieje. I bardzo dobrze.
Od zawsze lubię wiatr. Kiedy pojawiłam się na świecie — wiał. Może dlatego mam do niego słabość. Lubię patrzeć, jak porusza gałęziami, trawami, kwiatami. Jak niewidzialna siła każe im się uginać, drżeć, pochylać, a jednak trwać.

Nie lubię tylko wiatrów, które chcą wszystko pokonać. Huraganów, lodowatych podmuchów, żywiołu, który nie pyta, co może złamać. Lubię ten wiatr, który wprawia świat w ruch. Przerywa zastygnięcie, przegania flautę, daje roślinom coś w rodzaju oddechu.

Może dlatego tak często myślę o wietrze w naszym życiu.

Bywa przecież różny.

Czasem dmucha w żagle i wtedy płyniemy bez większego wysiłku. Pojawia się właściwy człowiek, dobra decyzja, przypadek, który nagle okazuje się szansą. Czujemy, że coś nas niesie.

Czasem wieje prosto w twarz. Zatrzymuje nas, odbiera rozpęd, każe zmienić kurs. I choć wtedy najchętniej powiedzielibyśmy: „Nie teraz”, być może właśnie wtedy najbardziej potrzebujemy się zatrzymać.

Bywa też taki wiatr, który zrywa czapkę z głowy. Nieproszony, bezczelny, irytujący. Wytrąca nas z wygody i zmusza do działania.Niekiedy dopiero po czasie rozumiemy, że to, co wtedy wydawało się kłopotem, było początkiem zmiany.

Wiatr czasem ledwie porusza firanką. Jest zefirkiem. Niczego nie wymaga. Pozwala odpocząć, rozleniwić się, popatrzeć w niebo. I ten wiatr też jest potrzebny, bo człowiek nie może bez końca żeglować pod pełnymi żaglami.

Może więc nie chodzi o to, jaki wiatr właśnie nam się przydarza.

Chodzi o to, co z nim robimy.

Nie mamy wpływu na kierunek wszystkich podmuchów. Nie wybieramy burz, przeciwności ani momentów, w których nagle tracimy grunt pod nogami. Możemy jednak nauczyć się rozpoznawać, kiedy trzeba postawić żagle, kiedy je zwinąć, a kiedy po prostu pozwolić, żeby wiatr przewiał nam głowę.

Może tego właśnie warto uczyć się od wiatru.

Wiesława Chmielewska