Codzienny felietonik o „Słowobraniu poezji”

Powiększ rozmiar tekstu

Dzisiaj drugi dzień jesieni. Leje. Wczoraj- pierwszy dzień jesieni. Słońce. Szczególnie na ulicy Kopernika 22 w Toruniu.

Nie wiem, dlaczego właśnie tu.
Był tam remont. Bruk, młoty, łopaty, sprężarka, cięcie metalu i koparka, która niczym zdenerwowany kret ryła wzdłuż ulicy. Wszystko wskazywało na to, że jest to ostatnie miejsce, w którym poezja powinna próbować się przebić.
A jednak.
To właśnie tam, w bramie przy Kopernika 22, odbyło się nasze „S łowobranie poezji”— spektakl, podczas którego mogłam podzielić się z przechodniami swoimi wierszami,bajkami.
Tylko jak mówić poezję na ulicy?
Przecież nie można prosić o uwagę. Nie można zatrzymywać ludzi na siłę. Trzeba zostawić im wybór.
Możesz przejść. Możesz zostać.

Regi, nasz sceniczny Gawroche, jeszcze przed spektaklem podeszła do pracujących robotników.
– Dzień dobry. Czy możemy panów poprosić o godzinę nicnierobienia?

Spojrzeli na nią i na nas,aktorów Kamienicy Sceny Małej chyba z lekkim zdziwieniem.
– Nie możemy, proszę pani. Mogliby nas zwolnić.

Cóż. Nie mieliśmy więc wyboru.
Spektakl się rozpoczął.
Panowie pracowali dalej. Młoty uderzały o bruk, maszyny pracowały, ulica żyła swoim głośnym, remontowym rytmem.

A jednak po chwili zrobiło się jakby ciszej. Nie przestali pracować.
Po prostu zaczęli słuchać.
Po spektaklu powiedzieli:
– Ale myśmy wszystko słyszeli. Pięknie żeście państwo recytowali. A te wiersze… jak u Szymborskiej.

Wzruszyło mnie to, przecież nie musieli słuchać. Nie mogli odłożyć narzędzi, wyłączyć maszyn, odejść od swojej pracy. Nie przyszli na przedstawienie. To my przyszliśmy do nich.A oni znaleźli dla nas chwilę uwagi.
Słuchali też przechodnie.
Dwie młode dziewczyny zostały z nami przez cały spektakl. Dziewczynki z wycieczki chciały zostać, ale czekał na nie Dom Kopernika. Ktoś zatrzymał się na dłużej, ktoś tylko zwolnił krok, ktoś spojrzał i poszedł dalej.

I może właśnie o to chodziło.
Poezja na ulicy nie ma własnej widowni.
Musi ją spotkać.
Tego dnia spotykała ludzi po drodze.
Opowiadaliśmy o wronie, tramwaju, walizce, konwaliach, trawie skropionej mleczami, o jabłoni, o parkingu, o ulicy Kopernika, która jest, a potem wieczorem znika.

Słowa mieszały się z odgłosami miasta. Wiersz z młotem. Metafora z koparką. Cisza między jednym zdaniem a drugim z hałasem ulicy.

Tak chciałam , tak – po to wychodzi się z poezją na ulicę!
Nie po to, żeby wszyscy słuchali.
Nie po to, żeby zatrzymać tłum.
Nie po to, żeby mieć pewność, że każde słowo dotrze.
Tylko po to, żeby dać słowu szansę spotkać człowieka.
Czasem tego człowieka trzeba zatrzymać. Czasem zatrzyma się sam. A czasem wystarczy, że pracuje obok, nie przerywając swojej pracy i po wszystkim mówi:

„Ale myśmy wszystko słyszeli.”

Myślę, że właśnie wtedy wydarza się coś ważnego. Myślę, że może poezja wcale nie potrzebuje ciszy.
Może potrafi znaleźć człowieka nawet wśród młotów, koparki i sprężarki. Może potrzebuje tylko chwili.
Jednego kroku wolniej.
Jednego spojrzenia.
Jednego ucha, które zechce słuchać.
To było nasze najpiękniejsze słowobranie, tego dnia na Kopernika 22 zbieraliśmy nie tylko słowa.
Zbieraliśmy ludzi, którzy na chwilę pozwolili słowom zostać przy sobie.
Dziękuję Ci, pierwszy dniu jesieni.
Chyba naprawdę dobrze wybrałeś sobie ulicę. Dziękuję Słońcu,że nie pozwoliło deszczowi na objęcie panowania nad ulicą Kopernika 22 w Toruniu.


Pozdrawiam serdecznie.

Wiesława Chmielewska