Codzienny felietonik o… niebie,na którym zapisana jest …Pamięć

Powiększ rozmiar tekstu

Pod tym samym niebem

Są takie chwile, kiedy człowiek patrzy w niebo i nagle przestaje liczyć lata.

Najpierw było dzieciństwo. Tata i my — ja i moi bracia — leżący na łące, czekający na zaćmienie Słońca. Tata przygotował nam specjalne, przydymione szkiełka. Trzymał je jak coś cennego, jakby wiedział, że za chwilę pokaże nam nie tylko zjawisko, ale i sposób patrzenia na świat. Leżeliśmy więc w trawie, a niebo nad nami było ogromne i obiecujące.

Samo oczekiwanie było już wydarzeniem. Byliśmy razem, a świat wokół wydawał się prosty i bezpieczny. Wiedzieliśmy, że za chwilę stanie się coś niezwykłego, choć żadne z nas nie potrafiło jeszcze pojąć, jak bardzo.
I wtedy się stało.
Na kilka sekund światem zawładnęła ciemność i straszliwy chłód.
To nie była zwyczajna ciemność. Dzień nagle przestał być dniem, a przyroda jakby wstrzymała oddech. Pamiętam ten chłód do dziś. Pamiętam zachwyt, ale i odrobinę lęku. Jakbyśmy na chwilę zajrzeli za kulisy świata i zobaczyli, że jest znacznie większy i bardziej tajemniczy, niż mogliśmy sobie wyobrazić.

Tamto dzieciństwo zostało we mnie jak pierwszy zapis nieba — wspólny, rodzinny, pełen Taty, który pokazał nam, że patrzenie może być przeżyciem.
Minęły lata.
Dziś to ja patrzę w niebo z Mamą. Tata już nie może być z nami. Bracia są gdzieś w Polsce, skupieni na własnym życiu. Nie ma tamtej łąki, nie ma dziecięcego oczekiwania ani przydymionych szkiełek trzymanych w ojcowskich rękach.
Jest za to Mama.
I jest teraźniejszość, która wygląda zupełnie inaczej, choć niebo pozostaje to samo.

Patrzymy na zaćmienie Słońca z drogi, która wije się między domami. Zwyczajna droga, zwyczajne domy, a nad nimi coś, co nagle wyrywa nas z codzienności. I wtedy czuję, jak dwie rzeczywistości nakładają się na siebie: tamta, dziecięca, i ta dzisiejsza.

Patrzę na Mamę i widzę w niej coś więcej niż tylko to, co jest teraz. Widzę też tamten czas — i Tatę. Już go nie ma, ale jego obecność wraca właśnie w takich chwilach. W spojrzeniu, w milczeniu, w sposobie, w jaki obie patrzymy w górę, jakbyśmy nadal były częścią tamtej pierwszej lekcji nieba.

I wtedy rozumiem, że nie patrzymy we dwie.Patrzymy we troje.Z Tatą — w pamięci, która nie znika.Z Mamą — w rzeczywistości, która trwa.Ze mną — tą, która łączy jedno z drugim.

A potem przychodzi noc.

O trzeciej nad ranem budzi mnie Mama. Nie może spać. Za oknem Perseidy. Nie wie dokładnie, co to jest, ale mówi, że coś pięknego.
„Perseidy, mamo” — odpowiadam.
I zaraz tłumaczę, że to spadające gwiazdy, że warto patrzeć, że dziś może być ich więcej.
Stajemy przy oknie.
Nie trzeba wychodzić daleko. Nie trzeba teleskopu ani nazw gwiazd. Wystarczy ciemność za szybą i cierpliwość. Czekamy na świetliste smugi przecinające niebo.
Jedna.
Druga.
A czasem tylko cisza, która też jest częścią patrzenia.
I wtedy uderza mnie coś prostego: że teraz role się odwróciły. Kiedyś to Tata pokazywał mi niebo. Dziś ja pokazuję je Mamie. A gdzieś pomiędzy tymi dwoma momentami stoi całe moje życie.
Ciekawość świata nie zniknęła. Zmieniła tylko ręce, w których ją trzymamy.
Mama ma dziewięćdziesiąt trzy lata, a kiedy nie może spać, budzi mnie, żebyśmy razem patrzyły w niebo. I w tym jest coś, co trudno nazwać inaczej niż czułością wobec czasu.
Czy można piękniej się zestarzeć?

Czas płynie, ludzie odchodzą, dzieciństwo zostaje gdzieś daleko, a jednak pod tym samym niebem wciąż można się spotkać.
Z Tatą — w wspomnieniu, które nagle staje się żywe.
Z Mamą — w chwili, która właśnie się dzieje.
I ze sobą samą — tą małą dziewczynką leżącą kiedyś na łące, która po raz pierwszy zrozumiała, że świat jest tajemnicą.

Może właśnie dlatego wciąż chcę patrzeć w niebo.Perseidy gasną w sekundę. Zaćmienie trwa chwilę. Życie również.
Ale są chwile, które nie znikają.Zostają w nas jako sposób patrzenia.
Czasem wystarczy noc, bezsenność i jedna świetlista smuga za oknem, żeby zrozumieć, że mimo upływu lat wciąż jesteśmy pod tym samym niebem.a ciekawość świata jest najpiękniejszą formą pamięci

Wiesława Chmielewska